maj 2012
Początki w drewnianym szałasie
- Redaktor: Skąd wziął się pomysł, żeby grać we czterech braci w tak surowych warunkach pod Giewontem?
- Jan: To wszystko wyszło jakoś tak naturalnie, bo przecież od małego nasłuchiwaliśmy szumu potoku i wiatru halnego, który zagłuszał nasze pierwsze fałszywe dźwięki, więc musieliśmy grać głośno i z sercem, żeby zagłuszyć tę przyrodę. Pamiętam, jak siedzieliśmy w tym naszym pierwszym szałasie, gdy stary bas podhalański jeszcze pachniał żywicą, a bursztyny w nich zatopione dopiero co dostaliśmy od wuja z Zakopanego, który znalazł je po burzy. Zaczęliśmy brzdąkać te nasze nuty, bo innej rozrywki w deszczowe wieczory nie było, a prądu też długo nie doprowadzili, więc świeciliśmy naftową lampą, która kopciła na czarno. Wtedy Jędrek zapytał, czy nie spróbować zagrać czegoś szybszego, takiego ekspresowego, co by porywało duszę i nóżkę rwało do tańca. I tak powoli, krok za krokiem, rodził się ten nasz cały Bystry Potok, z dala od wielkiego świata, gdzie czas płynął zupełnie inaczej, mierzony tylko kolejnymi pociągnięciami smyczka na zużytych włosiu z końskiego ogona.